Zakończenie peregrynacji relikwii św. Teresy z Lisieux i jej rodziców, 2.08.2026 Karmel Gniezno

Homilia Prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka
Msza św. na zakończenie peregrynacji relikwii św. Teresy z Lisieux i jej rodziców
2 sierpnia 2026
kaplica w klasztorze sióstr karmelitanek bosych w Gnieźnie

Drodzy Współbracia w kapłańskim posługiwaniu,
Kochane Siostry,
Siostry i Bracia w Chrystusie Panu,

Ewangelia, której słuchaliśmy zaprasza dziś i nas – jak nam przypomniał kiedyś słuchając tej właśnie Ewangelii papież Leon XIV – byśmy i my włączyli się w uwielbienie, które Jezus zanosi do Ojca „Pana nieba i ziemi”. Uwielbiamy wraz z Jezusem Ojca za to, że w Nim i przez Niego Bóg objawił nam swoją miłość. Na ten widok – jak prorokował Izajasz – rozradują się bowiem wasze serca, a wasze kości ożyją jak wiosenna trwa. Uwielbiamy więc dziś razem Ojca, Pana nieba i ziemi, bo w swoim Synu Jezusie Chrystusie i przez Niego daje nam się poznać nie tylko jako Ten, który nas kocha, ale także jako Ten, który nas w życiu pociesza, ocala i prowadzi. Bo tylko w krzyżu Jezusa – jak wskazywał nam papież Leon – zło zostaje odkupione; tylko w Jego męce nasze śmiertelne utrudzenie znajduje pociechę i wyzwolenie. I w ten sposób, pośrodku naszego życia, wszyscy doznajemy prawdziwego pocieszenia, umocnienia, wyzwolenia. Jako prawdziwy Nauczyciel właśnie Jezus – jak mówił jeszcze papież – bierze na siebie ludzkość zranioną przez zło (…) jest więc orędziem zbawienia, a Jego jarzmo podnosi nas z każdego upadku. W ten sposób i my, wraz z Nim i w Nim możemy również nieść nasze codzienne trudności i krzyże, a więc – jak zachęca nas w dzisiejszej Ewangelii – dosłownie brać Jego jarzmo na siebie i iść za Nim. On bowiem jest naszym wyzwoleniem, jest naszą nadzieją, jest przebaczeniem. On – jak wyznawała kiedyś w swoim autobiograficznym rękopisie święta Terasa od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza – który w czasie swego śmiertelnego życia w uniesieniu radości wołał: wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je maluczkim, chciał, aby w niej objawiło się Jego miłosierdzie. Ponieważ byłam mała i słaba – pisała nasza Święta – uniżył się ku mnie, w tajemnicy pouczał mnie o sprawach swojej miłości.

Drodzy Siostry i Bracia!

To Chrystusowe pouczenie, to doświadczenie Chrystusowej miłości, a więc konkretną obecność Tego, który jest wyzwoleniem, nadzieją i przebaczeniem, święta Teresa od Dzieciątka Jezus odkrywała najpierw w swym rodzinnym domu w Lisieux. W swoim Liście apostolskim napisanym z okazji 10. rocznicy kanonizacji Jej rodziców Ludwika i Zelii Martin, pierwszej pary świętych, która została zaliczona w poczet świętych jako małżeństwo, papież Leon XIV zauważył, że Teresa nie mogłaby tak bardzo kochać Jezusa i Maryję, gdyby nie nauczyła się tego od najmłodszych lat od swoich świętych rodziców. Klimat Jej rodzinnego domu, którym oddychała, przemawiał do niej nie tyle przez same słowa, które od rodziców słyszała, co właśnie przez szczególny przykład ich wiary i wzajemnej miłości, którym mogła na co dzień oddychać. Pielgrzymując więc dziś razem ze swymi ziemskimi rodzicami przynosi nam, także tutaj, ten szczególny przykład rodzinnego życia. To pozornie zwyczajne życie – zauważa papież Leon – które jednak było na co dzień wypełnione co najmniej niezwykłą obecnością Boga, który był jego absolutnym centrum. Bóg na pierwszym miejscu – jak podkreślał w swym liście papież – to dewiza, na której zbudowali całe swoje życie. Bóg na pierwszym miejscu – jak często mówimy – bo wtedy wszystko w życiu jest na swoim właściwym miejscu. Byli szczęśliwi – głęboko szczęśliwi – dając życie, promieniując i przekazując wiarę, widząc jak ich córki dorastają i rozwijają się pod okiem Pana. Jakże wówczas – jak próbuje nam trochę opisać i przedstawić ten klimat ich rodzinnego szczęścia papież – jest wielką radością spotkać się w niedzielę po Mszy przy stole, gdzie Jezus jest pierwszym gościem i dzieli radości, smutki, plany i nadzieje każdego z nas! Jakże wielką radością są wspólne modlitwy, dni świąteczne, rodzinne uroczystości, które wyznaczają upływ czasu! Ale także – jak dodaje jeszcze w tym swoim opisie szczęśliwego rodzinnego życia papież Leon – jaką pociechą jest być razem w trudnych chwilach, zjednoczeni z Krzyżem Chrystusa, gdy się pojawia; i wreszcie – dodaje – jaką nadzieją jest spotkać się pewnego dnia w chwale nieba! W świętych obcowaniu spotykamy więc tę świętą rodzinę, rodzinę, której nadzieja na spotkanie w niebie – jak wierzymy – już się spełniła i dlatego mamy okazję, mieliśmy okazję przez te godziny pobytu relikwii Świętej Tereski i Jej rodziców tutaj, w naszym gnieźnieńskim Karmelu, aby teraz przez ich wstawiennictwo upraszać również święte życie dla naszych rodzin. Spotykając się z ich rodzinnym życiem mieliśmy bowiem szczególną okazję, aby wpatrzeć się w przykład żywej miłości Boga, która stała się dla nich wezwaniem do konkretnej wzajemnej miłości. Taka miłość budowała ich wzajemne relacje i taka miłość pozwalała na podejmowanie również bardzo konkretnych życiowych decyzji. Opisując w Dziejach duszy swoje całkowite nawrócenie i odsłaniając – jak wiemy – niełatwą dla niej decyzję o wstąpieniu do Karmelu, święta Teresa ukazuje nam, w jaki sposób rozmawiała o niej ze swym ojcem. Dopiero po południu, po powrocie z nieszporów – jak opisuje – znalazłam okazję, żeby porozmawiać z moim kochanym Ojczulkiem (…) Piękna sylwetka Taty miała wyraz niebiański, czułam, że pokój zalewa jego serce; nie mówiąc ani słowa, z oczami już pełnymi łez usiadłam u jego boku, popatrzył na mnie z czułością, ujął mnie za głowę i przycisnął ją do swojego serca, mówiąc: co ci jest, królewno? Wyznaj mi to (…) Potem, wstając, jakby chciał ukryć swoje własne wzruszenie, szedł wolno, cały czas tuląc moją głowę do swojego serca. Poprzez łzy powierzyłam mu moje pragnienie wstąpienia do Karmelu, wtedy jego łzy zmieszały się z moimi, ale nie powiedział ani słowa, żeby mnie odwieść od mojego powołania, ograniczył się po prostu do zwrócenia mi uwagi na fakt, że jestem jeszcze bardzo młoda, aby podjąć decyzję tak wielkiej wagi. Ale tak dobrze broniłam mojej sprawy, że przy swojej prostej i prawej naturze Tata wkrótce był przekonany, że moje pragnienie było pragnieniem samego Boga i w swojej głębokiej wierze zawołał, że Dobry Bóg czyni mu wielki zaszczyt, żądając od niego jego dzieci; długo przechadzaliśmy się; moje serce, pozbawione ciężaru dzięki dobroci, z jaką mój niezrównany Ojciec przyjął moje zwierzenia, łagodnie otwierało się przed jego sercem. Tata zdawał się radować tą spokojną radością, jaką daje dokonana ofiara, mówił do mnie jak święty i chciałabym przypomnieć sobie jego słowa, żeby je tutaj napisać, ale zachowałam o nich jedynie wspomnienie zbyt uroczyste, by można je wyrazić. To co pamiętam doskonale, to symboliczny gest (..) podchodząc do niezbyt wysokiego murka, pokazał mi małe, białe kwiatki, podobne do miniaturowych lilii i biorąc jeden z tych kwiatków, dał mi go, tłumacząc mi z jaką troską Dobry Bóg dał mu się urodzić i zachował go aż do tego dnia (…) Przyjęłam ten kwiatuszek jak relikwię i zauważyłam, że wyrywając go, Tata wyjął wszystkie jego korzenie, nie łamiąc ich, kwiatek wydawał się przeznaczony do tego, by żyć w jeszcze innej ziemi, bardziej żyznej niż miękki mech, w którym upłynęły jego pierwsze poranki.

Kochane Siostry! Drodzy Siostry i Bracia!

Wiele pewnie można by mówić o przykładzie miłości i ufności, z jakim spotkała się w życiu swoich rodziców i w jakim wzrastała i dojrzewała Mała Teresa z Lisieux. Rozmowa, którą z jej Dziejów duszy przed chwilą przywołałem i ten zapamiętany przez nią na całe życie – jak sama napisała – symboliczny gest wiele mówi nam o konkretnej miłości ojca, o miłości jej rodziców, w jakiej wzrastała. Miłość, która zdolna była do tego, żeby w tak przełomowej chwili, nie mając połamanych i pozrywanych rodzinnych korzeni, żyć teraz w tej ziemi, w tym miejscu, do którego wołał i zapraszał teraz Teresę Jezus. Papież Leon, dziękując za przykład życia i miłości Ludwika i Zelii Martin, prosił dziś nas, którzy wpatrujemy się w ich życie i powołanie: umieśćcie Jezusa w centrum waszych rodzin, waszych działań i waszych wyborów. Pozwólcie dzieciom odkryć Jego miłość i nieograniczoną czułość i starajcie się sprawić, by Go kochały tak, jak na to zasługuje. Żeby wyrwany kiedyś z korzeniami kwiat mógł żyć w jeszcze innej ziemi, do której jest powołany i przeznaczony, potrzeba jednak miękkiego mchu, w którym upłynęły jego pierwsze poranki. Jakże ważne są więc to lata i jakże ważny wzrost, którym – tak jak w tym miękkim mchu – powinno więc być obecne, powinno towarzyszyć to, co najważniejsze i najpiękniejsze dla przyszłego wzrostu. Idąc dziś jeszcze raz za papieżem Leonem warto więc najpierw przypomnieć i o to przy tych relikwiach świętej Treski i Świętych Małżonków gorliwie się dziś modlić, aby byli oni – jak powiedział papież Leon – wzorem i wsparciem dla dzisiejszych małżonków, a także dla młodych, którzy mają dopiero zawrzeć małżeństwo. W tych bowiem niespokojnych i zdezorientowanych czasach, kiedy – jak wskazuje papież Leon – tak wiele kontrmodeli związków, często ulotnych, indywidualistycznych i samolubnych, z gorzkimi i rozczarowującymi owocami, jest prezentowanych młodym ludziom, rodzina jak zamierzał Stwórca, może wydawać się już przestarzała i nudna. Ale Ludwik i Zelia świadczą, że tak nie jest: byli szczęśliwi, głęboko szczęśliwi dając życie, promieniując i przekazując wiarę, widząc, jak ich córki wzrastają i rozkwitają. Ważne jest też pewnie i to, aby – jak kiedyś powiedział o tym pięknie na spotkaniu z młodymi papież Benedykt XVI – nawet jeśli tak często nas zniechęca widok domów, które runęły, pragnień, które obumarły, nie dać sobie nigdy zabrać z serca tej tęsknoty, tego marzenia, tego pragnienia za takim domem, który będzie trwały, do którego będzie się nie tylko wracać z radością, ale i z radością przyjmować tego, kto przychodzi, w którym miłość będzie chlebem powszednim, przebaczenie koniecznością zrozumienia, a prawda źródłem, z którego wypływa pokój serca. Może więc to pielgrzymowanie dziś po Polsce relikwii świętej Teresy od Dzieciątka Jezus i Najświętszego Oblicza oraz Świętych Małżonków, Zelii i Ludwika Martin jest i po to, aby w tych właśnie niespokojnych i zdezorientowanych czasach, w których i nam przyszło dziś żyć, w nas samych nigdy nie obumarła tęsknota za świętym życiem i byśmy mieli wciąż tę pewność, że przecież dając nam tak ogromną tęsknotę za szczęściem, Pan Bóg nigdy nas nie opuści i nie pozostawi samych w budowaniu domu, któremu na imię życie. Wciąż przecież będzie i nam powtarzał: przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Amen.