Konferencja rektorów WSD, 02.09.2026 Turno
Homilia Prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka
Msza św. podczas 62. Ogólnopolskiej Konferencji Rektorów Wyższych Seminariów Duchownych Diecezjalnych i Zakonnych
„Kto przychodzi dzisiaj do seminarium?”
2 września 2026
Turno
Drodzy Bracia,
Znakiem uzdrowienia teściowej Szymona, a więc tego, że trapiąca ją do tej pory gorączka – jak opisuje święty Łukasz – rzeczywiście ustała i opuściła ją, było to, że wstała uzdrowiona i usługiwała im. Papież Franciszek, komentując krótko sam ten fakt, zauważył, że wskazuje on nam jeszcze na jedną, bardziej ogólną i podstawową prawdę, a mianowicie, że kiedy osoba uzdrowiona powraca do normalnego życia, to od razu myśli o innych, a nie o sobie. I to jest właśnie – według papieża – znak prawdziwego zdrowia. To jest prawdziwe uzdrowienie. Pełnia zdrowia bowiem polega na tym, że człowiek potrafi drugiemu służyć. Jeśli tego nie jest w stanie zrobić, jeśli tego nie robi, to choćby był wręcz kwitnący, cierpi pewnie na jakąś poważną chorobę, i to pewnie o wiele gorszą gorączkę niż teściowa Szymona. Bibliści zauważają, że w czasach Jezusa rabini nazywali czy raczej uważali gorączkę za swoisty ogień, który wypija energię człowieka. W wyniku choroby, w wyniku gorączki, która go trapi, człowiek pozbawiony jest wręcz siły do życia. Coś z niego jakby uchodzi, coś wyparowuje, coś go wewnętrznie osłabia i tak naprawdę nie pozwala mu ani działać, ani odpowiadać na napotkane wyzwania, ani poważnie zaangażować się w nie. Trzeba, aby Jezus przyszedł, tak jak wtedy przyszedł do domu Szymona i trzeba, aby rozkazał gorączce. Tutaj w odróżnieniu od Mateusza i Marka, którzy zgodnie przekazują, że Jezus widząc leżącą w gorączce teściową Szymona, dosłownie ujął ją za rękę, a wtedy gorączka ją opuściła, Łukasz poprzestaje tylko na wypowiedzianym przez Jezusa słowie: rozkazał gorączce i opuściła ją. To prawda, że za chwilę – jak czytaliśmy dalej w dzisiejszej Ewangelii – gdy o zachodzie słońca będą przynosić do Niego cierpiących na rozmaite choroby, On będzie ich uzdrawiał wkładając na nich swe ręce, niemniej ten właśnie pierwszy znak uzdrowienia, pierwszy znak natury fizycznej, o którym zgodnie wspominają Ewangeliści, dokonuje się na Jego słowo. Słowo Jezusa zdolne jest bowiem pomóc każdemu. Już wcześniej, w synagodze w Kafarnaum, gdy – jak opisuje w wydarzeniu poprzedzającym dzisiejsze uzdrowienie święty Łukasz – Jezus wypowiedzianym przez siebie słowem uzdrowił opętanego, wprawiło to wówczas wszystkich w wielkie zdumienie i – jak podkreśla Ewangelista – ludzie mówili między sobą: cóż to za słowo, że z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą. Cóż to za słowo – możemy i my dziś też dopowiedzieć – że rozkazuje gorączce i opuszcza teściową Szymona. Słowo Jezusa jest pełne mocy, a więc jest to słowo, które sprawia to, co zapowiada, słowo, które ma moc zmienić rzeczywistość, ocalać i uzdrawiać. Istotnie hebrajskie dabar – jak tłumaczył kiedyś papież Benedykt XVI – oznacza zarówno słowo jak i czyn. Bóg bowiem mówi to, co robi i czyni to, co mówi. A Syn Boży – jak dziś słyszeliśmy – po to został posłany. Muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo po to zostałem posłany.
Moi Drodzy!
Czy zadając sobie, podczas tegorocznego spotkania, pytanie o to, kto dziś przychodzi do naszych seminariów, a więc – jak rozumiem – poszukując razem lepszego i głębszego poznania tych, którzy przychodzą lub nie przychodzą dziś do nas, nie odkrywamy najpierw właśnie tego, że tak wielu młodych ludzi trapionych jest dziś jakąś gorączką? Coś zdaje się jakby wypijać ich wewnętrzną energię? Może dlatego w tegorocznym orędziu na dzień modlitwy o powołania papież Leon XIV tak zdecydowanie nam przypomniał, że właśnie troska o wnętrze – jak napisał – to od niej trzeba pilnie na nowo rozpoczynać w duszpasterstwie powołań oraz we wciąż odnawianym wysiłku ewangelizacji. Troska o wnętrze młodego człowieka, aby z jednej strony nie odczytywał swego życia i powołania jako nakazu czy z góry ustalonego schematu, do którego musi się po prostu dostosować, ale jako projekt miłości i szczęścia. Wydaje mi się przy tym, że często myśląc dziś właśnie o takim profilu kandydata, który do nas przychodzi, z pewnym trudem potrafimy nawet dobrze odczytać i rozeznać te wszystkie światowe gorączki, które trapią dziś ludzi młodych, ale mniej jednak w tym wszystkim zwracamy uwagę na to, co dotyczy jednak naszych kościelnych środowisk, jakości ich życia, życia wiary w naszych rodzinach, parafiach, wspólnotach kościelnych. Może właśnie dlatego we wspomnianym już przeze mnie tegorocznym orędziu powołaniowym papież Leon upomniał się właśnie o nas samych, upomniał się – jak napisał – o nasze zaangażowanie się w tworzenie sprzyjających warunków, aby dar powołania mógł być przyjęty, umacniany, strzeżony, objęty towarzyszeniem, by wydał obfity owoc. Tylko bowiem wtedy, gdy nasze środowiska – jak nam przypominał papież – będą jaśnieć żywą wiarą, nieustanną modlitwą i braterskim towarzyszeniem, Boże powołanie będzie mogło rozkwitnąć i dojrzeć, stając się dla każdego i dla świata drogą szczęścia i zbawienia. Owszem, bardzo istotne jest poznanie i dobre rozeznanie wszystkich ludzkich czynników, które kształtują tego, kto przychodzi bądź nie przychodzi dziś do naszych seminariów. I dobrze jest szukać odpowiedzi na pytanie – postawione również – jak czytałem – jednemu z seminaryjnych rektorów w wywiadzie opublikowanym w ostatnim z numerów Pastores – co zatem z tego wynika dla formacji i jak ta nasza formacja ewoluuje, niemniej jednak odpowiedź na nie oprócz tego, że przychodzący kandydaci nie potrafią dziś jeździć na rowerze czy pływać, że się przyznają, że po raz pierwszy w życiu dopiero w seminarium obierali ziemniaki, że są tak często bez doświadczenia pełnej rodziny, a na pewno bez tego kogoś, kto na tym przysłowiowym rowerze mógłby ich nauczyć jeździć, a dalej – co jest jeszcze bardziej poważnym problemem – że często przychodzą z problemami natury psychicznej czy z doświadczeniem różnych uzależnień, które utwierdzają w człowieku mentalność użycia, braku odpowiedzialności i wierności, to wszystko – tak sądzę – musi być jeszcze zawsze poszerzone również o pytania dotyczące nas samych, naszego własnego świadectwa, naszego życia, naszych kościelnych realiów i środowisk. To poznanie – jak napisał nam jeszcze papież Leon – musi być jednak zawsze wzajemne (…) nie chodzi tu przecież o jakąś abstrakcyjną wiedzę (…) lecz o osobiste spotkanie, które przemienia życie (…) pomimo ogłuszającego zgiełku świata.
Moi Drodzy!
Myślę, że właśnie słuchana dziś Ewangelia podpowiada nam trochę dwie bardzo konkretne drogi. Święty Łukasz pokazuje nam bowiem zdecydowanie, że z trapiącej człowieka takiej czy innej gorączki uzdrawia tylko słowo Jezusa. To On bowiem rozkazał gorączce i opuściła ją. Trzeba nam jeszcze raz uwierzyć w moc Bożego Słowa, w moc Jezusowego Słowa. Stąd nasza odpowiedzialność za przyjmowanie i głoszenie Słowa, ale także świadomość, że choć przecież Bóg wciąż tak hojnie sieje, ważne jest i będzie, gdzie to słowo padnie, gdzie znajdzie odpowiedni grunt do wzrostu, jaka więc będzie ostatecznie ta gleba, która to ziarno słowa będzie przyjmować. Uczmy się też od świętego Pawła, który przypomniał dziś w Liście do Koryntian, że musi być to zawsze nasza wspólna praca, jednocząca nas wszystkich troska i współodpowiedzialność w działaniu. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost (…) Ten, który sieje, i ten który podlewa, stanowią bowiem jedno; i tylko tak jesteśmy pomocnikami Boga. I niech nas nie opuszcza ufność, nawet jeśli dziś tak wiele zdaje się jej zaprzeczać. Życie bowiem – jak o tym przypomniał nam jeszcze papież Leon – okazuje się przecież nieustannym zawierzaniem siebie i powierzaniem się Panu, nawet gdy Jego plany wstrząsają naszymi planami. I trzeba nam też uprzywilejować dziś jeszcze – jak wskazuje nam dzisiejsza Ewangelia – te miejsca pustynne. To właśnie tutaj, jak w życiu Jezusa, w ciszy i dialogu z Bogiem, rodzić się będzie i dojrzewać w sercach decyzja, by iść za Nim i głosić Dobrą Nowinę, a także dojrzewać w świadomości bycia posłanym. Mówił kiedyś klerykom papież Leon, że uprzywilejowaną drogą do wnętrza jest zawsze modlitwa – w epoce nadmiernego połączenia cyfrowego coraz trudniej jest doświadczać ciszy i samotności. Bez spotkania jednak z Nim nie możemy tak naprawdę poznać siebie. I może warto i siebie dziś za papieżem Franciszkiem jeszcze raz zapytać: czy więc i my modlimy się tylko po to, by być uspokojonymi, by jedynie uspokoić siebie, uciszyć nasze serca nękane dziś tak wieloma pytaniami, lękiem i niepewnością o los tych, którzy do nas może przyjdą lub nie przyjdą, czy też Słowo, które słyszymy i głosimy, nadal w nas sprawia, że tak jak Jezus wciąż idziemy, wciąż z ufnością wychodzimy do innych, bo przecież wciąż jesteśmy jeszcze w drodze, wciąż idziemy, by głosić Dobrą Nowinę i dać o niej przekonujące świadectwo. Troska o wnętrze – to od niej trzeba pilnie na nowo rozpocząć w duszpasterstwie powołań oraz we wciąż odnawianym wysiłku ewangelizacji.











