Jubileusz 100-lecia chóru Vocantes, 19.04.2026 Murowana Goślina

Homilia Prymasa Polski abp. Wojciecha Polaka
100-lecie chóru Vocantes
19 kwietnia 2026
kościół pw. św. Jakuba Apostoła w Murowanej Goślinie

Zostań z nami!

Siostry i Bracia w Chrystusie Panu!

Wraca dziś do nas historia dwóch uczniów Jezusa, którą przeżywali – jak mówi nam Ewangelia – w pierwszy dzień tygodnia, a więc w niedzielę zmartwychwstania. Jak mówił kiedyś o nich papież Franciszek byli to ludzie, którzy uciekali z Jerozolimy pełni smutku, wewnętrznie sparaliżowani z powodu doświadczonego rozczarowania, rozgoryczeni i zawiedzeni. Patrząc na nich widać było, że w oczach – jak wskazywał Franciszek – mają jeszcze wydarzenia męki i śmierci Jezusa, a w sercu głęboką ranę zawodu, który ich spotkał i palące wspomnienia tego, co się stało. O swych odczuciach mówią, dzielą się nimi z napotkanym po drodze człowiekiem. Opowiadają mu, że przecież spodziewali się czego innego, a jeszcze dziś rano przed ich wyjściem z Jerozolimy, kobiety prawdziwie ich przeraziły, bo – jak mówią – były rano u grobu, a nie znalazłszy Jego ciała, wróciły i odpowiadały, że miały widzenie aniołów, którzy zapewniają, że On żyje. Nieśli więc ze sobą lęk i strach, bolące uczucie straty i życiowej porażki. Sami byli mocno zdezorientowani i zagubieni. I właśnie do takich ludzi przyłącza się Jezus. Sam – jak napisał święty Jan – przybliżył się i szedł z nimi. Słysząc zaś, co mówią, czym się z nim dzielą, co mu opowiadają, co ich boli, rozpoczyna z nimi terapię nadziei. Tak właśnie papież Franciszek ujął kiedyś to, co się z tymi uczniami w drodze stało. Powiedział też, że Zmartwychwstały sprawił, że i oni zostali dosłownie wskrzeszeni z grobu swego niedowiarstwa i udręki, teraz pełni radości, ufności i entuzjazmu, gotowi do dawania świadectwa. Po powrocie do Jerozolimy, opowiadali przecież zebranym tam Jedenastu i innym, co ich spotkało w drodze i jak Go poznali przy łamaniu chleba.

Moi Drodzy!

Wracając w tę trzecią niedzielę wielkanocną do historii uczniów idących do Emaus nie powracamy jedynie do samego opisu tego, czego doświadczyli i co ich spotkało w drodze. Nie chcemy się bowiem zatrzymywać jedynie na towarzyszących im wówczas nastrojach i przeżyciach. To prawda, że często ich stan ducha po śmierci Jezusa podobny jest do tego, co wielu ludzi nosi i dziś w swoich sercach. Przecież tak często i nam towarzyszy obawa i lęk, rozczarowania i życiowe zawody, ból i niepokój, których źródłem jest to, czego może niejednokrotnie i sami doświadczamy, ale też, czym żyje dziś Kościół i świat. Wiele mamy dziś konkretnych powodów do smutku. Ale wiemy, że Jezus Zmartwychwstały i z nami przecież prowadzi – mówiąc Franciszkowymi słowami – swoją terapię nadziei. Nie przychodzi w niej, by w jakiś cudowny sposób zdjąć z nas nasze życiowe ciężary. Nie wchodzi w nasze życie, by magicznie je zmieniać. Nie wyręcza nas, ale pozwala nam najpierw dostrzec prawdę o nas samych, przyznać się do niej, pokazać Mu to wszystko, co nas boli. Ci, którzy w dzień Pięćdziesiątnicy słuchali świętego Piotra usłyszeli, jak im przypomniał, że przecież i oni byli wśród tych, którzy przybili Jezusa rękami bezbożnych do krzyża i zabili. To ich grzech, to nasz grzech, każdej i każdego z nas był i jest wciąż motywem Chrystusowego krzyża. Trzeba uznać – jak wyjaśnia nam Katechizm Kościoła Katolickiego – że nasza wina jest w tym wypadku większa niż Żydów. Oni bowiem, według świadectwa Apostoła, nie ukrzyżowaliby Pana chwały, gdyby Go poznali. Ukrzyżowałeś Go – jak przypomina nam wprost Katechizm – i krzyżujesz nadal przez upodobanie w wadach i grzechach. Ale Chrystusowa terapia nadziei nie kończy się na wskazaniu i na przypomnieniu o złu i grzechu. Wiecie bowiem – czytaliśmy przed chwilą w Pierwszym Liście Świętego Piotra Apostoła – że z odziedziczonego po przodkach waszego złego postępowania zostaliście wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez skazy. Nasz grzech został wraz z Nim przybity do krzyża. I nie stało się to – jak tłumaczył dziś swoim towarzyszom w drodze sam Jezusa – jakimś przypadkiem czy też zrządzeniem ślepego losu. Nie było w tym żadnego fatum i tylko czysto ludzkich racji. Czyż Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały? Dlatego idąc z nimi w drodze Jezus nie oferuje im ogólnikowych słów zachęty, okolicznościowych wyrażeń czy łatwych pocieszeń, ale odsłaniając w świętych Pismach tajemnicę swojej śmierci i zmartwychwstania, rzuca światło na ich historię i na wydarzenia, których doświadczyli. W ten sposób otwiera im i nam oczy na nowe postrzeganie spraw. I to jest właśnie prawdziwa i rzeczywista terapia nadziei.

Umiłowani Siostry i Bracia!

Uczniowie idący z Jezusem do Emaus dopiero wtedy, gdy na widok łamanego chleba otworzyły się im oczy i Go poznali, mówili do siebie, że przecież kiedy w drodze z nimi rozmawiał pałało w nich serce. Słowa, które od Niego usłyszeli już w drodze zaczęły ich jakoś wewnętrznie dotykać. Nie były tylko wiązką jakiś luźnych informacji. Nie przekazywały im tylko jakieś wiedzy o tym, co zaszło. One były dla nich prawdziwie światłem. Aby bowiem przyjąć prawdę o tym, że Pan rzeczywiście zmartwychwstał i aby w świetle tej prawdy zobaczyć teraz swoje życie, aby ta prawda rzeczywiście poruszyła dziś nasze serca, aby do nas prawdziwie dotarła, trzeba być z Chrystusem w drodze, trzeba Go słuchać, trzeba poznać, co w Piśmie świętym odnosi się do Niego i trzeba usiąść z Nim do tego stołu, widząc, że wciąż na naszych oczach, tutaj, w kościele, On sam, tak jak wtedy w Emaus, dosłownie bierze w swe dłonie chleb, odmawia błogosławieństwo, łamie go i nam go daje. Kiedy myśl zostanie oświecona – jak mówił pięknie o tym momencie, który przeżywamy święty Jan Paweł II – gdy rozgrzeją się serca, wtedy znaki zaczynają mówić. Mówią do nas i o nas. Wzruszają nasze umysły i serca. Dają nam doświadczyć spotkania z prawdziwym Bogiem. Niewątpliwie pomocą w tym spotkaniu jest również śpiew i muzyka kościelna. Zebraliśmy się dziś razem, aby uczcić 100-lecie istnienia tutejszego chóru Wiemy wszyscy, co zostało nam już tutaj po raz kolejny przypomniane, że początki chóru sięgają roku 1926, kiedy właśnie tutaj, przy parafii pw. świętego Jakuba Apostoła powstało Towarzystwo Chóru Kościelnego imienia świętej Cecylii. Usłyszeliśmy, że ta inicjatywa zrodziła się z potrzeby ubogacenia liturgii oraz integracji lokalnej społeczności poprzez muzykę. Usłyszeliśmy też, że wasz chór od samych jego początków pełnił ważną rolę nie tylko w życiu religijnym, ale również kulturalnym, uczestnicząc w uroczystościach kościelnych, narodowych, a także w wydarzeniach artystycznych. Dziś wiec, w stulecie jego istnienia, chcemy przed Bogiem dziękować za wspólna drogę, a zwłaszcza za tych wszystkich, którzy przez to minione stulecie prowadzili chór i za tych, których – jak ktoś pięknie powiedział – połączyła pasja do muzyki i śpiewu, do wspólnych spotkań, do włączenia się w ten sposób i współtworzenia duchowej historii tej parafii i tego miasta. Jednym z głównych motywów powstania dzisiejszego chóru Vocantes była chęć ubogacenia liturgii. Śpiew i muzyka kościelna bowiem – jak wskazywał idąc za świętym Augustynem papież Leon XIV – wiążą się ze sztuką prowadzenia serca ku Bogu. Są przez to – wyjaśniał papież – uprzywilejowaną drogą do zrozumienia najwyższej godności i przeznaczenia osoby ludzkiej oraz potwierdzeniem jej najbardziej autentycznego powołania. Za papieżem Franciszkiem wskazywał też, że ci, którzy włączają się w śpiew chóru otrzymują mądre i spokojne spojrzenie, dzięki któremu łatwiej przezwyciężyć podziały i antagonizmy, aby być – podobnie jak głosy chóru – zharmonizowane, aby nie dopuszczać do fałszowania i korygować dysonanse, które są również przydatne dla dynamiki kompozycji, pod warunkiem, że są zintegrowane z mądrą strukturą harmoniczną. Harmonizować, to znaczy łączyć różnice, które mogłyby się zderzyć, pozwalając im wspólnie stworzyć nadrzędną jedność. W ten sposób i w was, i przez was i teraz wraz z wami, Dostojni Jubilaci, Zmartwychwstały Pan prowadzi i w tej wspólnocie parafialnej swoją terapię nadziei. Idąc wraz z wami ma ona bowiem szansę razem wzrastać, harmonizować to, co jest w niej różnorodne, łączyć, to co wydaje się podzielone i rozbite, wspólnie szukać tego, co was wszystkich prawdziwie jednoczy i buduje. Zgodnie z nauczaniem Kościoła celem muzyki i śpiewu jest bowiem zawsze chwała Boża i uświęcenie wiernych. Śpiew i muzyka kościelna muszą mieć więc modlitewny charakter, ukazywać godność i piękno, być w pełnej zgodzie z tekstami liturgicznymi, pobudzać uczestnictwo zgromadzenia wiernych, być dostosowanymi do kultury lokalnej przy jednoczesnym zachowaniu uniwersalności języka. Niech więc wasza praca i posługa stają się nadal dla wszystkich źródłem Bożego błogosławieństwa i miejscem uczenia się i ćwiczenia w nadziei, a wtedy wiara i nadzieja wasza będą zawsze – jak przypomniał dziś święty Piotr – skierowane ku Bogu. Amen.